In

Drapak idealny dla kota

Wróciłam po bardzo długiej przerwie do mojego drugiego bloga o kocich meblach.
Zapraszam więc na wpis o drapakach do kotyfikacji
Przy okazji możecie zobaczyć fragmenty naszego kociego mieszkania i świata;) Ciągle się remontujemy i ciągle jesteśmy przed pożądanym stanem ale kocie meble są;)

Read More

Share Tweet Pin It +1

1 Comments

In

Aza... czyli kolejny raz o adopcji seniora

Dzień, w  którym serce pęka na milion kawałków po raz kolejny.
Dzisiaj w noc obudził mnie płacz Franka. Mój syn płakał przez sen i wołał Azę.
Minęły prawie cztery miesiące a on nadal za nią tęskni.
Czasem myślę, że kochał ją bardziej niż ja. Tak czyściej i głębiej... jak dziecko.
Wiem, że wiele osób uważa, że dla dziecka powinno adoptować się jak najmłodsze zwierzę, że adoptując seniora narażamy go na wczesną utratę przyjaciela...
Może tak. Pytanie: czy gdybyśmy adoptowali szczeniaka nawiązaliby też taką więź? Nie wiem.
Czy kocha się kogoś mocniej jak się z nim żyje dwadzieścia lat czy cztery? Też nie wiem.
Wiem tylko, że mieliśmy wyjątkowego psa i na pewno oboje nie żałujemy, że była.
To nieprawda, że dziecku trzeba takich rozstań za wszelką cenę oszczędzać. Z takich rozstań też składa się życie.
Nie udawałam, że Aza gdzieś sobie poszła, ma nowy dom itp. Powiedziałam wprost, że Aza  nie żyje i płakałam razem z nim.
Franek miał mi za złe jedną rzecz: nie pozwoliłam mu się z nią pożegnać. Wszystko odbyło się gdy był na krótkich wakacjach u dziadków.
Dzisiaj wiem, że następnym razem też sama pojadę z którymś z naszych pupili do lecznicy bo mimo wszystko uważam, że to nie jest czas i miejsce dla dziecka, ale nie będę robiła tego za jego plecami.
Pozwolę mu się pożegnać.
Będę polecała starsze zwierzaki do adopcji również dlatego: ktoś je musi żegnać, ktoś musi za nimi tęsknić, ktoś musi po nich płakać. Wtedy jesteśmy pewni, że były.
Za moim ukochanym psem płacze wyjątkowy człowiek. Ona na to zasługiwała. On zasługiwał na tą przyjaźń i miłość.
A my?A my uczymy siebie i nasze dziecko tej zwykłej, czystej wrażliwości. Głównie chyba siebie bo dzieci to po prostu mają.
Zdjęcie, które często stoi mi przed oczami gdy zamykam powieki.
Chyba jedno z moich ulubionych... chyba wszystkie ich zdjęcia są ulubione;)
O adopcji Azy tutaj
O tym dlaczego warto adoptować dorosłego kota pisałam kiedyś tutaj
A o tym jak się tęskni za kimś kogo się kocha tutaj
i nic nie traci na aktualności...
Więc jeśli zastanawiacie się mały czy duży spróbujcie choć przez moment pomyśleć o starszym i nie bójcie się tej tęsknoty i straty.
Lepiej kogoś kochać i stracić i mieć świadomość, że dało się temu komuś coś bardzo ważnego niż nigdy go nie spotkać.
Ja lubię za nią tęsknić. Wiem, że była, że jest... choć jeszcze nie odwiedziłam naszych wspólnych miejsc...












Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In

Anielka

Dzisiejszym postem chciałabym rozpocząć cykl wpisów o kotach, które mieszkają u mnie w domu. Zarówno te, które dzielą ze mną dom tymczasowo jak i te, które zostają u mnie na stałe.
Pomyślałam sobie, że wypadałoby regularnie przedstawiać skład naszego zespołu osobom, które nas tutaj odwiedzają.
Każdy z tych kotów jest chociaż wspomniany na fb ale nie każdy czytelnik tego bloga tam zagląda więc postaram się żebyśmy nie byli tak anonimowi.
Anielka.
Kotka około trzyletnia. Poznałyśmy się w listopadzie w schronisku. Weszłam rano do kociego szpitalika i pierwsze co zobaczyłam to malutką koteczkę o ogromnych oczach, przerażoną, stojącą na paluszkach w klatce pełnej odchodów. Mała przyjechała w nocy i miała tak straszną biegunkę, że do rana zdążyła całkowicie zabrudzić klatkę. Posprzątałam jej i wpadłam zakochana po uszy.
Niestety tego samego dnia musiałyśmy jej sprzątać jeszcze wiele razy. Okazało się, że Aniela poza koszmarną biegunką ma jeszcze jeden problem: nie kontroluje wydalania. Mówiąc wprost lało się z niej przeraźliwie.
Po badaniach wiadomość jaką miał dla mnie lekarz schroniskowy ścięła mnie z nóg. Anieli ktoś próbował wyrwać ogon i uszkodził rdzeń kręgowy. Mała nie czuła kompletnie swojego ogona ani nie czuła czy się załatwia czy nie. Szybkie rozmowy typu jakie ten kot ma szanse na adopcje, na normalne życie, co dalej. Padła decyzja weterynarzy by karmić ją karmą fibre bo miała pomóc przy lepszym formowaniu kału. Nie pomogło, kot męczył się coraz bardziej. A ja kochałam coraz bardziej i praktycznie każdą wolną chwilę spędzałam u niej. Po paru dniach przyszłam do pracy i moja mała dziewczynka zamiast witać mnie radośnie jak każdego ranka w ogóle na mnie nie zareagowała. Stała apatyczna i półprzytomna. Biegiem do lekarza i kolejna walka. Okazało się, że Anielce stają nerki. Mała dostała infekcji pęcherza od ciągłych biegunek i od tego infekcji nerek. Wyniki miała cytuję "martwego kota". To chyba wtedy padła decyzja, że jedzie do mnie, choć może myślałam o tym wcześniej ale nie potrafiłam się przed sobą przyznać, że przywiozę do domu kolejnego i to problematycznego kota. Po rozmowach z weterynarzami ustaliliśmy, że jak tylko ją trochę ustabilizują kroplówkami biorę ją do siebie. Wiedzieliśmy, że przy tych biegunkach musi być często myta i doglądana żeby taka sytuacja się nie powtórzyła.
Przyjechała do mnie i zaczęły się problemy, o których nawet nie myślałam wcześniej. Anielka nie chciała nosić pieluchy, non stop miała brudny ogon, mycie co 30 minut  inaczej smród w domu nie do zniesienia. Dobrze, że nie jestem mężatką bo pewnie oparlibyśmy się o rozwód w domu;) Telefony do wszystkich kocich znajomych i mojego lekarza. Tu podziękowania dla Pauliny z suwaczkowo, która podzieliła się ze mną doświadczeniem w wypróżnianiu i kontrolowaniu kotów z takimi problemami. Przeszliśmy na karmę gastro i powoli zaczęliśmy zauważać jakieś efekty. Niestety ze względów higienicznych amputowaliśmy kotce ogon. Został jej tylko mały kikut, który czuje i czasem widzę jak nim "macha" zaaferowana jakąś muchą czy myszką.
Ponieważ zdania na temat tego co dalej były bardzo podzielone zdecydowałam, że najlepiej dla kota będzie mieć jednego godnego zaufania weterynarza, który będzie nadzorował jej leczenie i próby przywrócenia sprawności. Dlatego zdecydowałam się na adopcję Anielki i rozpoczęcie leczenia u Łukasza. Nadal jednak mimo wielkiej sympatii traktuję ją jako moje tymczasowe dziecko i wierzę, że znajdziemy jej po leczeniu super dom.
Anielka aktualnie dostaje nivalin, witaminy B i zaobserwowaliśmy, że cewka moczowa zaczyna reagować. Mamy ciągle nadzieję, że uda nam się coś jej jeszcze w życiu ułatwić. Nie wykluczamy zastosowania za chwilę komórek macierzystych. Właściwie w jej wypadku nie wykluczam żadnej próby bo bardzo mi zależy żeby kiedyś mogła się cieszyć swoim kocim jestestwem w stu procentach. Dzisiaj biega u mnie po domu gdy mam nad nią kontrolę, resztę czasu spędza w sporej kenelówce bo potrafi zostawić "niespodzianki" w najbardziej zaskakujących miejscach a pieluchy nadal są dla nas zagadką;) Jest kotem, który kocha każde stworzenie jakie pojawia się w domu i wszystkich ludzi tak jakby w ogóle nie rozumiała jak wielką krzywdę wyrządził jej świat.

Edycja postu (23.06. 2017); od dwóch miesięcy Aniela jest na barfie, o czym tutaj i jest o niebo lepiej niż kiedykolwiek z jej problemami z kupą. 







Read More

Share Tweet Pin It +1

0 Comments

In

Dlaczego kot nie powinien nosic dzwonka?

Dzisiejszy wpis to po pierwsze taka moja mała próba powrotu do wpisów o kotach i ich samopoczuciu i zmysłach.
Pracując w schronisku i prowadząc koci dom tymczasowy często dostaje zdjęcia moich byłych podopiecznych w nowych domach. Często te zdjęcia są pełne ciepła i miłości i uwielbiam je dostawać. Niestety wciąż na wielu kot ma obróżkę i dzwonek.
I teraz pytanie po co kotu obróżka? Po co kotu dzwonek?
O ile obróżkę jeszcze jestem w stanie zrozumieć bo można na niej zawiesić adresówkę o tyle dzwonków nie rozumiem i nie popieram wcale.
Zacznijmy od obróżki. Kiedyś mój znajomy wytłumaczył mi, że jego kot ma obróżkę z adresówką bo notorycznie ucieka na klatkę schodową mimo jego pilnowań i starań. Dzięki adresówce szybko wracał do domu. W tym wypadku rozumiem.
Moje koty mają chip i jeśli uciekną wiem, że jak tylko trafią do schroniska czy lecznicy będę o tym poinformowana. Moje koty nie wychodzą i nie uciekają więc zakładanie im obróżki dla mnie jest narażaniem ich na niebezpieczeństwo; pod moją nieobecność mogą się na tej obróżce powiesić, zaczepić, w skrajnych wypadkach udusić. Może jestem przewrażliwiona ale z kotem jak z dzieckiem nie należy ufać, że pod naszą nieobecność nie wpadnie mu do głowy dziwny pomysł dlatego zawsze ograniczam zagrożenia do minimum. Poza tym obróżka dla wielu kotów to stres, koty nie lubią mieć czymkolwiek ograniczanych ruchów i wiele kotów taką obróżkę traktuje jak coś bardzo przeszkadzającego. Tak wiem, że są obroże, które się same rozpinają, bezpieczne itd. Ale jeśli traktuję kota trochę jak moje dziecko nigdy nie ufam takim sprzętom bezgranicznie więc nie używam;)
A teraz dzwonek...
Dla mnie osobiście koszmar. Podobno dzwonek zakłada się kotu żeby uchronić przed nim ptaki. Po pierwsze: kot wychodzący jest dla ptaków zawsze zagrożeniem czy z dzwonkiem czy bez i jest niezgodny z naszym ekosystemem. Mówiąc wprost wychodząc i polując może i naszym zdaniem jest szczęśliwy ale przede wszystkim jest szkodnikiem. Pomijamy koty wolno żyjące. Nasz domowy kot wychodzi i zabija dla zabawy a ponieważ jest sprawny i najedzony ma siłę by zabić bardzo dużo. Darujmy sobie dzwonki po prostu nie wypuszczajmy. Miałam jako nastolatka kota, który nawet z dzwonkiem przynosił jaszczurki i wróble na kilogramy. Wtedy myślałam, że tak ma być. Zamiast polowań na zewnątrz zorganizujmy mu zabawy łowieckie w domu: za sznurkiem, za piórkiem, za myszką. Dajmy smakołyk. Kot będzie szczęśliwy a my dodatkowo pogłębimy więź z naszym przyjacielem.
Co dzwonek robi z naszym kotem?
Wyobraźmy sobie, że mamy naprawdę dużo lepszy słuch. Dodatkowo z racji tego, że w łańcuchu pokarmowym poza tym, że jesteśmy drapieżnikiem jesteśmy też ofiarą. Nasłuchujemy nie tylko szmeru trawy informującego nas o zbliżającym się obiedzie ale także nasłuchujemy wszelkich niebezpieczeństw. I może mieszkamy już w ciepłym i wygodnym domu, dostajemy regularnie jeść a pies sąsiadów jest pod kontrolą to natury zmienić nie możemy.
W tym momencie ktoś zawiesza nam dzwonek, który przy każdym naszym ruchu hałasuje. Tak, kot słyszy lepiej więc dla niego to większy hałas niż dla nas. Poza tym, serio ktoś uważa ten dźwięk za miły dla ucha?;) I teraz chodzimy z takim dzwonkiem dzień, tydzień, miesiąc, rok, całe życie.
Można się przyzwyczaić? Pewnie, że można. Do wszystkiego można się przyzwyczaić pytanie po co.
Po pierwsze: kot traci słuch od dzwonka. Tak jest i nikt nie udowodni, że jest inaczej. Ja też mam ubytek słuchu po pracy w niedużym hałasie więc rozumiem kota w tym wypadku doskonale.
Po drugie: dzwonek to same problemy behawioralne. Chciałoby się być cicho, skradamy się i tu nagle bęc.  Kot z natury lubi być cicho. Nie mówię tutaj o zabawach gdzie tupot stóp przestaje być istotny czy o rozmowach z  opiekunami ale o codziennym życiu. Kot nie chce dzwonić idąc do swojego legowiska (czy wszyscy muszą wiedzieć gdzie i kiedy idę spać?), nie chce dzwonić gdy myje sobie zadek czy idzie do toalety (zostawię bez komentarza;)) czy w końcu nie chce dzwonić skradając się do wędki czy zabawkowej myszki - on w takiej chwili naprawdę poluje i chce być cichutko. Dajmy mu ten luksus. Niech informuje gdzie jest i co robi gdy ma na to ochotę.

Dwa lata temu wróciła do nas po 10 latach z adopcji Fruzia. Kotka uznana przez wszystkich za dziwaczkę. Podobno miała humory, nie lubiła innych kotów, nie lubiła za bardzo ludzi, potrafiła "mieć fochy" bez powodów i podrapać czy ugryź. Oddawałyśmy do adopcji żywego, wesołego kota a dostałyśmy po 10 latach strzępek nerwów. Na pewno popełniłyśmy błąd nie kontrolując tego domu ale z drugiej strony nie wszystko i nie każdego da się skontrolować. Pierwszego dnia mama od razu zdjęła jej obrożę z dzwonkiem. Szyja była w tym miejscu łysa, nigdy jej te włosy nie odrosły. I co się stało? Kot zaczął zachowywać się swobodnie, nawet polubiła inne koty i lubiła siedzieć u nas na kolanach. Nigdy nikogo nie podrapała i nie pogryzła. Jej ulubionym zajęciem było przybieganie z głośnym miauczeniem do nas rano do łazienki, oglądała jak tata się goli, jak ja myję zęby, myła się przy łazienkowym kranie. Nasz dziwak w ciągu kilku dni od zdjęcia dzwonka zmienił się w cudownego kociego lokatora, którego obecnością cieszyłyśmy się jeszcze przez ponad rok. Śmiałyśmy się, że w końcu może się wyspać. Bo jak spać gdy przy każdym ruchu coś dzwoni przy uszach?
Odeszła leżąc na mamy kolanach.
Jak patrzę na dzwoneczki na kocich szyjach widzę Fruzię i jej ten wpis dedykuje.
Na zdjęciu ostatnie jej dni na moich kolanach. Wiem, że ten czas, który spędziła u nas był dobrym czasem pełnym mimo wszystko spokoju i co najważniejsze ciszy.

Mamy dzwonek i co dalej: po pierwsze zdejmujemy. Po drugie bierzemy np puste opakowanie po kinder niespodziance i wkładamy dzwonek : świetna piłka dla kota;) albo doczepiamy sznurek, kilka piórek i mamy super wędkę. Dzwonek daje tak dużo wspaniałych dla kota możliwości, że nie musimy wieszać go na szyi.

Read More

Share Tweet Pin It +1

22 Comments

In

Aza. List do mojego ukochanego psa.

Początek... Ten moment gdy usłyszałam: może adoptujesz Azę? Ona całe życie jest w schronisku.
Zaczęłam o Tobie myśleć i na Ciebie czekać.
Ten moment gdy zobaczyłam Cię pierwszy raz i pomyślałam: jaka ona duża, nie dam rady pokochać tego psa.
Ten moment gdy pierwszy raz zobaczyłaś koty i zaczęły się problemy.
Ten moment gdy próbowałaś zjeść kociaki; w schronisku w biednych czasach polowałaś na szczury- rozmiar ten sam.
Ten moment gdy zapolowałaś na yorka sąsiadów.
Ten moment gdy behawiorysta powiedział, że lepiej poszukać Ci innego domu
Ten moment gdy tata Cię zobaczył i spytał czy w schronisku nie mieli brzydszych i starszych psów a ja powiedziałam, że pies ma działać nie wyglądać.
Ten moment gdy pierwszy raz spojrzałaś mi w oczy.
Ten moment gdy pierwszy raz zobaczyłam jak biegasz.
Ten moment gdy powiedziałam, że jesteś piękna.
Ten moment gdy pierwszy raz pomyślałam: o co jej chodzi i znalazłam odpowiednią szkołę by się Ciebie uczyć.
Ten moment gdy pierwszy (i ostatni) raz ugryzłaś Franka a ja z przerażeniem pomyślałam, że coś Cię boli.
Wtedy chyba pierwszy raz pomyślałam, że Cię kocham.
Ten moment gdy pierwszy raz usłyszałam, że jesteś chora i jedyne o czym myślałam to o tym, że jesteś moja i nie mogę Cię stracić.
Ten moment gdy zaczęłaś spać z moimi kotami.
Ten moment gdy pozwoliłaś maluchowi jeść ze swojej miski.
Ten moment gdy zaprzyjaźniłaś się z yorkiem sąsiadów.
Ten moment gdy pierwszy raz powiedziałam: mamy psa.
Ten moment gdy byłaś operowana a ja bałam się odebrać telefon od weterynarza bo zakładałam najgorsze.
Tak się wtedy bałam.
Ten moment gdy musiałam Cię nosić po schodach bo nie chciałaś po operacji załatwić się w domu.
Byłaś wtedy taka ciężka.
Ten moment gdy znów poszłyśmy na spacer i znów biegałaś uśmiechnięta po naszym polu.
Ten moment gdy zupełnie przypadkiem odkryłyśmy nasze małe jeziorko niedaleko domu.
Te wszystkie momenty gdy odkrywałyśmy tylko nasze miejsca.
Ten moment gdy ktoś pytał skąd mam tak mądrego psa.
Ten moment gdy pozwalałam Ci wejść w pościel bo mama nie widzi a potem udawałyśmy, że te kłaki na prześcieradle to przypadek.
Ten moment gdy kupiłam kliker i pomyślałam, że będziemy się super bawić a Ty ze strachu uciekłaś do kuchni bo bałaś się każdego hałasu.
Ten moment gdy zobaczyłam jak bardzo boisz się wystrzałów w Sylwestra i postanowiłam, że każdy taki dzień spędzimy razem w pościeli.
Ten moment gdy bawiłyśmy się na śniegu i czułam się jakbym miała pięć lat i cały świat był tylko nasz.
Ten każdy moment gdy widziałam jak wielką cierpliwość i miłość dajesz Frankowi.
Te momenty gdy mówili, że pewnie jesteś mi wdzięczna a ja się śmiałam, że nie musisz... miłości nigdy nie mierzy się kategoriami wdzięczności i zobowiązań a przecież my się kochałyśmy.
Ten moment gdy przyjeżdżałyśmy do rodziców na wieś i wybiegałaś z samochodu na swoje ulubione pole.
Ten moment gdy pierwszy raz bez strachu weszłaś do samochodu.
Ten moment gdy postanowiłaś sama obronić mnie przed stadem dzików. Musiałam wziąć Cię na ręce i z Tobą uciekać bo byłaś wtedy gotowa zginąć "dla sprawy".
Ten moment gdy obroniłaś mnie przed psem sąsiadów.
Ten moment gdy pierwszy raz ugryzł mnie pies bo ja Ciebie broniłam.
Ten moment gdy usłyszałam, że masz chore nerki.
Ten moment gdy zauważyłam, że chudniesz.
Ten moment gdy mimo bólu poszłaś ze mną na spacer bo przecież to były najlepsze momenty każdego dnia.
Ten moment gdy pierwszy raz powiedziałam, że musimy myśleć o pożegnaniu.
Ten moment gdy wracałam z pracy a Ty wstawałaś by się przywitać choć widać było jak bardzo Cię to boli.
Ten moment gdy ostatni raz poszłyśmy na spacer.
Ten moment gdy wniosłam Cię do gabinetu bo sama nie dawałaś rady chodzić po schodach.
Byłaś wtedy taka lekka i malutka.
Ten moment gdy leżałaś na moich kolanach i zobaczyłam Twój ostatni oddech.
Ten moment gdy musiałam pierwszy raz powiedzieć na głos: Aza nie żyje i nagle świat stał się pusty.
Ten moment gdy dzisiaj rano otworzyłam drzwi byś mogła wyjść do ogrodu i zrozumiałam, że czekam na cud...
Gdyby trzy lata temu ktoś mi powiedział, że tak pokocham tego obcego wtedy dla mnie psa pewnie miałabym go za wariata. Gdybym Cię wtedy oddała popełniłabym jeden z największych błędów mojego życia.
Zabrałaś mi wczoraj spory kawałek mojego serca i wiem, że pewnych dziur nie da się załatać. Wolę jednak iść dalej z dziurawym i tęskniącym sercem niż gdybym miała nigdy Cię nie spotkać.
Jedyne czego żałuję to czasu... powinnam być w tym schronisku 12 lat wcześniej.
Jutro też otworzę drzwi na ogród i o Tobie pomyślę, za tydzień zawołam Cię żeby dać Ci smakołyk, a za miesiąc odruchowo sprawdzę czy mam w kurtce worki na spacer...



Read More

Share Tweet Pin It +1

1 Comments

Obsługiwane przez usługę Blogger.